Kawerna
MEDIA:
Kategorie: Opowieści

Fanfan Czarny Tulipan

    „Historia ta, tak jak wiele innych zaczyna się w tawernie. Tego cudnego, czerwcowego wieczora, jak co dzień zresztą, gildiowa gospoda była pełna gości… pełna gości powiedziałem! Cholera, gdzie się wszyscy podziali?!”
    Nie wiedział pechowy autor, że gildiowa gospoda już dawno nie przyciąga tylu klientów co wcześniej. Nie wiedział też, że na tablicy ogłoszeń, wśród wielu kartek wisi i taka, której treść brzmi następująco: „Gospodę sprzedam”. I, co najważniejsze, nie wiedział, że wszystko to wina konkurencyjnego lokalu – ekskluzywnego klubu „Fanfan Czarny Tulipan”
    Tego właśnie pięknego, ciepłego wieczora zjawił się pod drzwiami tego właśnie lokalu ten właśnie Gość.  Tajemniczy, owinięty płaszczem, kryjący swoją twarz w cieniu kaptura. Wydawałoby się – Gość jak każdy inny. Dopiero później miało się okazać, jak bardzo takie przypuszczenie było dalekie od prawdy… Ale wróćmy do tego właśnie Gościa. Wszedł on nieśmiało, jakby bojąc się, że z zza rogu może wyskoczyć krwiożercza bestia, szaleniec z siekierą, zbzikowany samochód uważający za niezwykle zabawne rozjeżdżanie każdego, kto stanie mu na drodze, lub inna plugawa kreatura. Jednak nic takiego się nie stało…

    Nieco tym uspokojony Gość ośmielił się na tyle, że zignorowawszy napis „Wchodzisz tu na własną odpowiedzialność”, dziarsko wkroczył na główną salę. To co ujrzał sprawiło, że szczęka mu opadła niemal do samej podłogi. Parkiet wykonany z z czarnego, ciepłego w dotyku kamienia, był wypolerowany niczym lustro i przedziwnie odbijał światło unoszących się tu i ówdzie, różnokolorowych błędnych ogników. Ściany obite były ciemnoczerwoną, drogocenną materią. Po lewej i prawej stronie sali stały delikatnie zdobione, okrągłe stoliki z ciemnego drewna. Naprzeciw drzwi wejściowych znajdowała się, chwilowo pusta, scena. Na lewo od niej dojrzał Gość budkę Natanaela i Endera…
-Khem, khem – kaszlnęła niematerialna postać.
Znaczy się DJ Nata i małego Endriu!
-No! Właśnie tak.
    Jeszcze Gość nie ochłonął z pierwszego wrażenia, a już podskoczyła do niego w rytm muzyki czarnowłosa elfka w krótkiej, zielonej sukience i  krzyknęła:
-Wesołych Świąt! Smacznego jajka! Witaj nam Gościu!
-Witam. – odpowiedział nieśmiało zakapturzony.
-Ciesz się i baw razem z nami! – zawołała jeszcze, złapała go za ręce i zapląsała z nim przez parę chwil. Potem odeszła tanecznym krokiem kierując się ku scenie…
    Niepomiernie zdumiony Gość patrzył jak elfka wchodzi na scenę, staje na jej środku, i zapowiada występ:
-Teraz czas na artystę znanego i lubianego, oczekiwanego szczególnie przez damską część publiczności, cudotwórcę muzyki, a przy okazji erotomana-gawędziarza… – tu nastąpiła krótka przerwa celem spotęgowania efektu – Powitajmy oklaskami Natanaela – Strażnika Siedmiu Kluczy!
Burzliwy aplauz zagłuszył wszystko. Naglę krwistoczerwona kurtyna rozpłynęła się się jakby nigdy  nigdy nie istniała. Miejsce zwolnione przez Eliss zajął wysoki, zielonoskóry mężczyzna w czerwonym płaszczu. Trzymaną w prawej ręce kryształową kulę umieścił na specjalnym stojaku. Dziwny ten patent miał właściwość wzmacniania głośności jaskraworóżowej gitary Natanaela. Zaczął się występ…
    Uderzenie dźwięku niemal powaliło Gościa na kolana. Ogarnięty ślepym przerażeniem pobiegł wzdłuż prawej ściany, żegnany partią męskiego, elfiego chórku:
-Paaaaandeeeemoooooniuuuuum!
    Zakapturzony wszedł do bocznej, dźwiękoszczelnej salki. Znajdował się w niej tylko jeden stolik. Z ukrytych głośników leciała piosenka „Moherowe berety rządzą światem” – sztandarowy utwór ulubionego zespołu moherowej opozycji, zwącego się dumnie „The Rydzyx”. Gość przyjrzał się uważnie dziwnemu, zebranemu tu towarzystwu. Pierwszy był mężczyzna w niebieskiej szacie wspominający smętnie „dawne, dobre czasy” kiedy to Gildia była młoda, gildianie piękni i zawsze uśmiechnięci, prawo przestrzegane a modowie niepotrzebni… Drugą postacią był mroczny elf o oryginalnym imieniu: „Mroczny Elf”, zawzięcie tłumaczący swojej flaszce, że on dziewczyny nie potrzebuje, oj nie, a chłopaka tym bardziej, bo jest bardzo, ale to bardzo niezwykłym elfem…
-Diabeł chyba tylko wie o co mu chodzi. – rzekł, wchodząc, wysoki, czarnowłosy elf o granatowych oczach i czarnym stroju. 
    Ledwie przebrzmiały te słowa, a w pomieszczeniu zmaterializował się wysoki, szczupły, szaroskóry mężczyzna o brązowych włosach i płonących czerwienią oczach.
-Ktoś mnie wzywał? – spytał demon.
-Nie, Adryt, idź do diabła. – odpowiedział elf.
Czerwonooki mężczyzna tylko zaklął szpetnie i rozpłynął się w powietrzu…
      W tak zwanym „międzyczasie” Tixon (bo to oczywiście on był tym mężczyzną w błękicie) zaczął narzekać na swój fanklub. A właściwie jego brak. Z jego nieskładnych słów można było wywnioskować, że wszystkie fanki odeszły do haremu Khaesa, bądź zostały zjedzone..
-Jestem Mitnas. – odezwał się nagle elf – Wróćmy na główną salę. Nat kończy swojej popisowe wycie, a chórki już się rozeszły.
-Moment, możesz mi najpierw powiedzieć, kim jest ten osobnik w czarnym płaszczu, błyskający złowrogo czerwonym okiem? – spytał Gość.
-Ten? – wzruszył ramionami Mitnas – Demon Darco. Twierdzi, że kiedyś był dobry… oczywiście nikt nie daje w to wiary. On jest dziwny… snuje się po korytarzach Gildii jak cień, strasznie trudno go znaleźć, kiedy jest akurat potrzebny… Wydaje się być mało aktywny, ale chodzą plotki, że to wina romansu z gildiową driadą… rozumiesz, taka to potrafi faceta wykończyć – roześmiał się elf – A co najciekawsze nikt nie wie, jak on tak naprawdę wygląda. Swego czasu chodziły nawet słuchy, że jest przerośniętą zmutowaną wiewiórką, ale Darco temu stanowczo zaprzeczył. Niektórzy twierdzą, że driada widziała co demon ma pod płaszczem, ale Sclavia nabrała wody w usta… Idziemy już?
-Tak… nie! Nie mam mojej sakiewki! Muszę ją znaleźć!
-Eee… takiej sakiewki? – spytał Mitnas pokazując zielony woreczek.
-Tak! CO ty… jak…?
-Następnym razem bardziej jej pilnuj… i nie traktuj tego jak czegoś osobistego, prawdziwy mistrz w swoim fachu musi po prostu ciągle ćwiczyć…
    Elf-złodziejaszek i ten właśnie Gość opuścili salkę, zostawiając Darco, Tixona i Mroczniaka z  ich samogonem – prezentem od krasnoluda Khaesa – czarnymi myślami i gustownymi beretami z moheru… Na głównej sali powitał ich okrzyk:
-Dupa, dupa, dupa! Do dupy z taką muzyką!
-Nie wzywaj imienia Dupy nadaremno, bo jeszcze usłyszy i wróci! – odpowiedział inny głos – A tego by Gildia mogła nie przeżyć!
Cały dialog został skwitowany powszechnym wybuchem śmiechu. No, może prawie wszystkich. Ciemnowłosy, wędrowny elf Khilamarth i półdrowka-pół leśna elfka Sheila zajmowali się wyłącznie sobą. I robili to z takim zapamiętaniem, że aż ukryta kamera całkiem zaparowała…
    I gwar się zrobił na sali, bo zaczęła się przerwa między występami. Trzy przepiękne, odziane w obcisłe, jadowicie czerwone stroje kelnerki – Shira, Villema i Sonara – ledwie nadążały z realizowaniem zamówień, gdyż barman Refeell ze swadą opowiadał elfom o zaletach alkoholu, zaś okupujący bar krasnoludowie potwierdzali każde jego słowo dostojnym potaknięciem, a od czasu do czasu kwitowali jeszcze, nie mniej dostojnym, beknięciem.
-Alkohol! – zaczął Ref – Szlachetny trunek wymyślony przez najmądrzejszych ludzi świata! Który odróżnia nas od innych stworzeń! Hah! I nie powiecie że nie! – uniósł się w aureolce i świecił przez 15 minut.
Elfy zaczęły wymieniać kontrargumenty, ale krasnoludy na znak dezaprobaty poczęły wydawać z siebie odgłosy podobne do pierdzenia. Jeden z nich naprawdę pierdnął – donośnie i przeciągle – na co jego kompani odpowiedzieli gromkim, basowym rechotem, które zagłuszył każde słowo elfów…
    Tymczasem Silver – bardzo niezwykła drowka – splatała długą, białą brodę Khaesa – gildiowego bimbrownika, filozofa, poety i współwłaściciela lokalu – w bardzo praktyczne i niezwykle urocze warkoczyki.
-Silver – zaczął krasnal – czy wiesz co to jest: „ Coś długiego, twardego i sięgającego aż do ziemi co możesz dotknąć i pieścić”. – po chwili dodał – Dziecko, nie ma się co czerwienić, mówiłem o swoim toporze…
-Stary, krasnoludzki dowcip. – burknął Mitnas.
    W tym samym czasie, przy bliższym sceny stoliku, siedzieli, żywo rozmawiając, Nat i Kesseg – wysoki, ciemnowłosy wampir w granatowym stroju. Kess narzekał na wyrzucenie go ze stanowiska admina, na Forda, na trudności związane z prowadzeniem lokalu, na Forda, na niezrozumienie jego pomysłów i działań, na Forda, na konserwatyzm, na Forda, na spamerów – w szczególności Forda… Natanael słuchał wszystkiego, komentując czasem sytuację Gildii jakimś dosadniejszym słowem.
-Ta braterska przyjaźń jest tak dziwna, że stała się przyczyną różnorakich plotek, mówiących między innymi o tym, że więź między nimi jest czymś więcej niż tylko przyjaźnią… – wyjaśnił Mitnas.
-Ale to tylko plotki? – dopytywał się Gość.
-A kto ich tam wie? – wzruszył ramionami elf – w każdym razie nikt niczego im jeszcze niczego nie udowodnił.
-Kim jestem? – spytał Kaczyński a Gość tylko przetarł w zdumieniu oczy, by przekonać się, że nie ma halucynacji – Kim jestem? – powtórzyła jeszcze dziwna postać, przybrawszy teraz twarz Angeli Merkel. Nie otrzymawszy odpowiedzi odeszła, by męczyć tym pytaniem innych gildian.
-Kto to był?! – wykrztusił z siebie Gość.
-Jedna z największych zagadek naszej społeczności – odpowiedział złodziejaszek – zaraz po demonicznym Dupie, rzecz jasna. To Ford. Jedni mówią, że to paladyn opętany przez najstraszniejszego potwora Otchłani – Przerośniętego Chomika! Inni twierdzą uparcie, że jest jednym z ukrytych współpracowników Princessy. Ja sam jednak uważam, że to co się z nim stało to tylko i wyłącznie jego wina. To było dawno temu, gdy Gildia była młoda… 
-A gildianie piękni i zawsze uśmiechnięci – dokończył zakapturzony – Przejdź od razu do sedna.
-No dobrze – ciągnął nieco zbity z tropu elf – Tamtego dnia miał wyjątkowo dobry humor, co objawiało się tym, że z szczególną zawziętością starał się rozjeżdżać „nowych”… Jeden z nich był taki cwany, że wspiął się na biesiadne drzewo rosnące na dziedzińcu. Ford nie zdążył bądź nie chciał wyhamować i… wszyscy coś stracili. Nowy stracił życie, ale na szczęście potem wrócił do nas jako lisz. Ford stracił przedni zderzak, piątą klepkę i poczucie własnej tożsamości. Gildianie zaś stracili swe ukochane, biesiadne drzewo. Dla niektórych był to straszny cios. Ta tragedia spowodowała, że Pates i wielu innych odeszło by zacząć działać w organizacjach typu Greenpis, Drzewoluby czy Driadzi Las…
    Opowieść Mitnasa została przerwana prze krzyki Pawła – bardzo wysokiego, czarnowłosego szarookiego mężczyznę o arystokratycznych rysach twarzy, ubranego w bogaty, zdobiony czarną i złotą nicią czarny strój – który wskoczył na jeden ze stolików:
-Ja wam powiadam! Trzeba przeprowadzić rewolucję! Zniszczyć stare, schematy władzy podobne spróchniałemu drzewu! Wyrzucić spośród prac cały kicz i chałturę! I, co najważniejsze, przywrócić Oazę!
Baltram, smok w ludzkiej postaci złapał się za głowę:
-Nie no! Wczoraj Mardduk a dzisiaj on! Grrrr…
Wściekły podszedł do krzykacza, złapał go za kołnierz i zaczął wlec w stronę wyjścia…
-TO ograniczanie wolności słowa – wrzeszczał półmajar – Protestuję! Balt, puść mnie!
-Nie mogę, jestem tu wykidajłem… zrozum, taka praca. Krzyczeć i protestować możesz sobie na zewnątrz.
-Nie zgadzam się!
-W takim razie twój nos zapozna się z Panem Piąchą!
-Dobra, dobra, przemoc nie jest konieczna. – mruknął prowokator i już go nie było.
    Podczas gdy uwaga wszystkich była skupiona była na wykonującym swe obowiązki smoku, na scenę weszła różowowłosa dziewczyna o szaroniebieskich oczach.
-”Klub Dobrej Pieśni i Improwizacji Wierszowanej Tox” serdecznie wita! Dziś mam zaszczyt zapowiedzieć następujących artystów: najpierw Rolland, potem Kesseg!
 
Zdradziłaś k*rwo mnie, 
pod pociąg się położę, 
ale nie przejedzie mnie, 
bo k*rwa jedzie po innym torze! 
 
Chryzantemy złociste 
w półlitrówce po czystej 
stoją na fortepianie 
i nie podlewa ich k*rwa nikt! 
 
Zdradziłaś k*rwo mnie, 
rzucę się z wysokości, 
ale nie połamię się, 
bo k*rwa mam gumowe kości! 
 
Chryzantemy złociste 
w półlitrówce po czystej 
stoją na fortepianie 
i nie podlewa ich k*rwa nikt! 
 
Zdradziłaś k*rwo mnie, 
rzucę się w morskie fale, 
ale nie utopię się, 
bo k*rwa pływam doskonale! 
 
Chryzantemy złociste 
w półlitrówce po czystej 
stoją na fortepianie 
i nie podlewa ich k*rwa nikt!
 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat! 
Wampir smoczycę uratuje, 
sam jej serce zawojuje… 
Smakiem się obejdzie Nat, 
chociaż dla mnie jest jak brat! 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat!
 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat! 
A gdy przyjdzie ziąb okrutny 
Nat odejdzie z kuflem smutny 
Bo mu wampir zabrał Carle 
W nim utopi swoje żale 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat!
 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat! 
Carla już mi nie uciecze, 
tako wampir dziś wam rzecze! 
Jak Carla za mną dziś odejdzie… 
już jej do Nata uczucie przejdzie! 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat!
 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat! 
Będzie draka, będzie wojna 
Nasza Carla bogobojna 
Porzuciła swego Nata 
I teraz z Kessegiem lata 
W górę szkło i flacha w dół, tylko wariat pije pół. 
Wielki kufel to nasz brat, zawojował cały świat!
 
    Obaj artyści zebrali gromkie brawa. Jednak, jak zauważył Gość, na twarzy Kessega uśmiech nie gościł zbyt długo. Deempir podszedł do skrzydlatego Rollanda – blondwłosego avariela…
Nie żeby Gość podsłuchiwał, o nie! Samo tak jakoś wyszło, że usiadł niedaleko i słyszał dokładnie każde słowo…
-Chcesz obgadać wreszcie sprawę tego szlabanu na Mazurach? – spytał z uśmiechem elf.
-Nie – odrzekł smutno wampir – Mamy problem z zaopatrzeniem. Przemyt wódki przez komnatę poezji się nie powiódł. Pewnie Evil J Doniósł. A mówiłem, że on węszy na polecenie Atak! 
-To chyba nie jedyny problem, patrz! – powiedział avariel wskazując na ciemnowłosego szlachcica zagrodowego – Draken nar Vinterhjeart zwanego powszechnie Drakiem, który postawił na jednym ze stolików obraz jamnika w złotej ramie, mówiąc:
-Módlcie się do Wielkiego Jamniszcza, a wódka płynął szerokim strumieniem będzie!
-Wódka z Jamnika? – spytał Lunatica
-Nie! Módlcie się, a sam Wam da wódkę. I nie trza będzie czekać ni innych ingrediencji marnować!
-Ale jak przestanie kiedyś dawać to zrobimy ją z niego! – kontynuowała dziewczyna –  
A swoją drogą, wolę nie myśleć w jaki sposób on tą wódkę daje i skąd ją bierze… ani tym bardziej którędy mu ona wychodzi… 
-Gildianie – krzyknął Kesseg – nie słuchajcie go, poganina jednego! Chce wam w głowach zmącić!
-Nom. Mącigłowa jestem… – tu Drak rzucił przerażające zaklęcie, które zmieniło wampira w Różową Tchórzofretkę – ale Ty jesteś zwierzak. Z lasu do tego. Cicho siedź! Jam jest awatarem Wielkiego Jamniszcza na Ziemi. Oddawajmy mu (mi?) pokłony!
-Ohydne teorie tu głosisz! – pisnęła Fretka – Bo mówi prorok Lebioda Junior, że nie będzie innego nad wami, jak anioła zagłady – Abaddona, znanego też jako Wielki M!!
-A JAM aniołem jego, jak bowiem wiadomo, Wielki M to Madness, a JAM Angel Of Madness jest. Spełniać wolę jego destruktywną będę. A wszyscy my służymy Wielkiemu Jamniszczowi ! 
Tak mi dopomóż Jamnik! – szlachcic wpadł w religijną ekstazę.
-Herezje! – wrzeszczał Ford – Ja, internetowy Ojciec Admin jestem jedynym władcą! Kto chce się wyspowiadać?!
-Niech się M zlituje nad waszymi avatarami! – piszczała Tchórzofretka.
-Ja tam wolę własną tchórzofretkę niż cudzego jamnika… – rzekł Rolland a kilka głosów mu przyklasnęło 
-Różowy na Imperatora!!! – huknęło na sali.
-Eh. Mylicie niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu… – mruknął zdegustowany Drak.
-Zdrada! Jamnik chce ograniczyć naszą złotą gildiową wolność! Powstańcie, szlachetni gildianie by pokonać ciemiężyciela! – zakrzyknął Różowy.
-Do mieczy!!! Na szaszłyki go!!! – zawołał Czyjś Głos.
-Nu, dawaj. Dawaj, na gołe klaty, ha! Tak Ci toporkiem uszy poobijam, że końcem układu wydalniczego wyjdą ! – odpowiedział szlachcic.
-Mam miecz i nie zawaham się go użyć… A nawet da, ale ten drugi trochę krzywy… – znów odezwał się Głos.
-A ja mam gumową kaczuszkę zesłaną przez Jamniszcza!
-To idź się z nią zabawić! – skwitował, Głos i wybuchnął śmiechem. 
-Walcz Tchórzofretko! – rzekł Drak wyjmując szaszłyk.
-Staję! – pisnął Różowy wymachując własnym szaszłykiem.
-Ha! Mój jest większy, bo pobłogosławił go Wielki Jamnik! – krzyknął gromko nar Vinterhjeart i rzucił się do ataku. 
Zwarli się dwaj przeciwnicy. A dźwięk zderzających się szaszłyków otrzeźwił nawet najbardziej pijane krasnoludy… Żadnemu jednak nie dane było zwyciężyć, bo nagle drzwi się otworzyły i do sali wkroczyła władczym krokiem blondynka w czarnych spodniach i bluzce bez rękawów.
-Atak… Atak… to Atak… – po całym pomieszczeniu gildianie z szacunkiem wymawiali imię czarnej smoczycy.
-Koniec zamieszania. Winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności! – powiedziała stanowczo a nikt nie śmiał się sprzeciwić – Drak, idziesz ze mną. 
Drak skrzywił się, ale usłuchał. Tymczasem Atak przywróciła Kessegowi jego dawną postać. A potem ona i szlachcic opuścili lokal…
    Gość długo nie mógł wyjść spod wrażenia tego wydarzenia. W przeciwieństwie do gildian. Ci szybko zajęli się własnymi sprawami – głównie piciem i jedzeniem. Edge – według właścicieli najlepszy klient – spokojnie siedział przy swoim stoliku, spokojnie jadł, spokojnie się upił i spokojnie padł pod stół… Przy innym stoliku siedział półdrowi czarownik mający problemy z tożsamością. Czasem podawał się za Azteka, innym razem za Aegnora. Nawet najstarsi górale nie potrafili rozwiązać tej zagadki… Obok niego popijał wino nekromanta Zefir. Naprzeciw tego rozsiadła się upadła bogini Frija. Czwartą zaś postacią musiał być Lichemaster. Dobitnie świadczył o tym intensywny zapach lawendy… 
    Nagle do sali wpadł mężczyzna w długim brązowym płaszczu, z kapturem naciągniętym na twarz. Zdołał krzyknąć jedynie: „Władza precz! Anarchia…!” im wyleciał z sali, z odciskiem buta Baltrama na rzyci. Wykidajło zaczął się wprawiać…
    Niedługo potem na scenę wkroczyła bardzo dziwna istota… nawet jak na gildiowe standardy. Podobna nieco do krasnoluda: niska, o długiej, jasnej brodzie… Niebieskie, spiczaste uszy, czerwone oczy i zielone czułki wskazywały jednak wyraźnie na mieszane, krasnoelfie pochodzenie… 
-Hej! Kto to jest Ender?! – zawołał.
-Ty!!! – odkrzyknęli goście lokalu.
-Właśnie. I mnie przypadł zaszczyt zapowiedzenia gwoździa programu. Atrakcji, na którą wszyscy tak nie niecierpliwie czekaliśmy. Balet „Jezioro Smocze” w wykonaniu Carli i Angeliny! W tle taniec i śpiew zespołu driad „Las rozkoszy”… Wszyscy wstrzymali oddech…
I nic.
-Carlo, twój czas! – syczał Kesseg do osoby skrytej za kurtyną.
-Nie wyjdę!
-Carlo, nie wygłupiaj się! Nie możesz zawieść fanów!
-Nie wyjdę! Chyba, że zatańczysz ze mną!
-Niemożliwe. Pamiętasz jak próbowałaś mnie uczyć baletowych kroków? Potykałem się o sznurówki własnych glanów!
-Nie wyjdę więc! 
-Bo przyślę po ciebie Nata! – zagroził wampir.
-Już wychodzę! – zawołała smoczyca. Wszyscy wstrzymali oddech… 
    I wtedy stało się to czego nikt się nie spodziewał.
Głównym wejściem wtargnęła wraz z całą swoją przyboczną gwardią Wielka Moherka!
-Yyyyh, eeeeh, i co teraz skubańcy? – powiedziała z trudem i uśmiechnęła się złośliwie.
-Skopiemy ci dupę! – wrzasnął Ceandric z Eyd herbu Smokobój – dwumetrowy, czarnowłosy berserker.
-Na pohybel skurwysynom! – rzucił pradawne, krasnoludzkie zaklęcie Black Wizard.
-Wypuszczę moje tresowane pchły! – pisnęła Not.
Całą salę przepełniły okrzyki skorych do bitki gildian. Wtedy z bocznej salki wyszli Darco, Tixon i Mroczniak w moherowych beretach. Wszyscy zamilkli, skonsternowani. Ktoś chrząknął, ktoś pierdnął, jakiś nowy szepnął, że jest za młody by umierać… Tymczasem tylnym wejściem wbił się z krzykiem do klubu oddział rewolucjonistów pod wodzą Thorana, Pawla i Marduka mijając Khaesa próbującego zachęcić driady do przyłączenia się do jego haremu. Widząc jednak sytuację, buntownicy zatrzymali się i ucichli. 
-Eee… to może osiągniemy kompromis? – spytał nieśmiało Kesseg. Bał się straszliwie, że zdemolują mu lokal…
-Taa… można by… niegłupio… – odezwały się nieśmiałe głosy ze wszystkich trzech obozów.
I wtedy po raz drugi zdarzyło się to czego nikt się nie spodziewał. Znikąd wyleciały srebrne strzały z czerwonymi lotkami. Jedna przebiła beret Wielkiej Moherki. Druga strąciła koronę Thorana. Ostatnia zaś zbiła kryształową kulę Nata…
    I wtedy rozpętało się piekło… 
Niewiele Gość mógł zobaczyć w ogólnym zamieszaniu. Dojrzał tylko jak Tixon ściera się w boju z Carlą, Angeliną i Baltramem… jak Cienistogrzywa ratuje Kessega przed tłumem oszalałych moherowych babć… jak głowa Lichemastera leci w górę, odbija się od sufitu i spada z powrotem w tłum miotając we wrogów potężne klątwy… jak Nat krzyczy „I ty synu przeciwko mnie?” a potem pada… jak Khaes, Black Wizard i Ceandric próbują złapać wciąż niewidzialnego łucznika – Gamaela… jak Pawel podskakuje dziko próbując odgonić się od pcheł… jak Cazpian i Aragorn walczą z Drakiem… 
W końcu ten właśnie gość nie wytrzymał. Zrzucił płaszcz i w samym tylko cienkim habicie Sirvon Master, błękitny smok zwany też Opatem, ruszył w bój. Gromił na lewo i prawo swoim wielkim stalowym krzyżem, krzycząc:
-Pax, pax, pokój bracia! Pax, skurwysyny!!!
Dzięki temu Cienista i Kess wydostali się z centrum walk. 
-Trudno, nie chciałem tego, ale zmusili mnie! – warknął wampir – Zastosuję broń ostateczną!
-Nie mówisz chyba o… – przeraziła się elfka.
-Mówię właśnie o tym! – przerwał jej Kesseg i uwolnił Zagładę…
    Początkowo walczący go nie zauważyli. Był to blady, mający na pewno ponad 180 cm wzrostu elf o niebieskich oczach i brązowych włosach. Nazywał się Terreos Saerevu… i zaczął śpiewać: 
 
„Domowe przedszkole, wszystkie dzieci kooocha 
Janek wypadł z okna, martwa leży Zoocha 
 
Domowe przedszkole, na stole dwa jaboole 
a Jasiu pod ławką częstuje dzieci traawką 
 
Domowe przedszkole, do Ciebie przyjdzie tyyż 
aby zlikwidować demograficzny wyyż!”
 
-Dość już! – krzyknął Kess do czarownika wyjmując z uszu zatyczki – Dosyć…
Terreos na takie dictum zrobił kwaśną minę i opuścił lokal potykając się o rzeczy pozostawione przez uciekających w panice gildian: łuski Tixona, wytrychy Mitnasa, krzyż Opata, tylni zderzak Forda, pas Draka, bukłak Khaesa, miecze Marduka, koronę Thorana i wiele, wiele innych najdziwniejszych przedmiotów… 
-Ech, a ja jak zwykle muszę wszystko posprzątać. – westchnął Kesseg chwytając swoją miotełkę.
I wtedy zdarzyła się trzecia rzecz, której nikt się nie spodziewał…