Kawerna
MEDIA:
Kategorie: Opowieści

Piraci z Karafkami


Armageddon i Spalone Tosty.

 

Kapitan Wesoły Roger z całą pewnością nie był pijany. Był po prostu wesoły. Bo czy – na zdrowy rozsądek – osoba pijana mogła dowodzić statkiem tak zacnym jak Czarna Mamba i doprowadzić go…

…gdzieś tam…

…na oceanie w jednym kawałku? No chyba raczej nie. Ocean aż roił się w końcu od różnych… wodorostów… i fal… które falowały w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i…

– BLEEE! – wyrwało się z piersi kapitana, a przynajmniej z jej najbliższych okolic. Zdążył jeszcze wychylić się za rufę, tak że nikt nie dostrzegł pięknego, zielonkawego koloru jego twarzy. Ryby z radością przyjęły spadającą z niebios ucztę.

– A cóż to, kapitan coś nie w sosie? – spytał Szalony Kitkat, jeden z licznych okrętowych majtków.

– Refuj bukszpryt – odburknął kapitan, który w istocie był w sosie, a na dodatek w zupie, marchewce i małych, kolorowych kawałkach mięsa. Twarz przechodziła z majowej zieleni bezpośrednio w grudniową biel, za wyjątkiem ust, z których zwisało coś koloru nieokreślonego. W jego długich blond włosach stary brud mieszał się z nowym z gościnnością godną najlepszych karczm.

Takim zastała go Krwawa Mary – prywatna nałożnica i kuk w jednej, dość mikrej, osobie.

– No juś, juś, majutki, zietsiemy ziaraź – piracka chusta poszła w ruch i już po kilku chwilach kapitan lśnił jak nowy – A chustę wykręcimy i będzie obiadek dla galerników. Dobrze się składa, już cały tydzień nic nie jedli.

– Dziękuję, ma luba. Już się bałem, że tak jak ostatnio trzy dni będę z gilem łaził, zanim mi ktoś wytrze.

– No ale ostatnio mnie nie było na statku, prawda? Pjawda? Nio mój ty misiaćku pysiaćku mój.

Niektórych mogły by zwieść pozory – do tego w końcu służą. Lecz wbrew nim Krwawa Mary wcale nie była malutka, milutka i słodka. W rzeczywistości była malutka, słodka i zła od końcówek rdzawoczerwonych włosów aż po nabierkę chochli. Z tą bowiem kuk – lub, jako, że była kobietą, kuczka – nie rozstawała się nigdy, co w połączeniu z jej włosami, rozmiarem i temperamentem zyskało jej wśród załogi przydomek Chochlika.

Milutką była wyłącznie dla kapitana i boswoman, resztę załogi traktując w najlepszym wypadku z pogardą, w najgorszym zaś zupą.

To nie tak, że jej potrawy nie nadawały się do niczego. Nadawały się do bardzo wielu rzeczy. Po prostu konsumpcja nie była jedną z nich.

Ciastka dociążały kotwicę. Marmoladą łatano dziury w okręcie. Jednak największą sławą cieszyły się jej zupy…

Warto tutaj nadmienić, że „Krwawej Mary Wielka Xięga Kucharska” zajmuje zaszczytne miejsce w Magna Biblyoteca Alchemicca, gdzie spoczywa na osobnym podeście, oprawiona w skóry, zakuta w łańcuchy i niedostępna dla zwykłych studentów. Starzy profesorowie nie kryli zdumienia, odkrywając, co można osiągnąć tylko za pomocą grochu, makaronu i kapusty.

Ten talent się przydawał. Armaty ładowane jej potrawką z jagnięciny miały trzykrotnie większe pole rażenia niż zwykłe, nabijane prochem. Jeśli na dodatek kule armatnie zastąpiono naczyniami z pomidorówką, wraże fregaty rozpuszczały się po kilku salwach. Lecz choć jej talent gastronomiczny mógł budzić wątpliwości, nałożnica była z niej nie lada.

Kapitan, delikatnie miziany palcem po nosku, na powrót stał się wesoły.

Pogodny nastrój nigdy nie opuszczał go na długo – zakładając, naturalnie, że rum nie był „gone”. Ale do takiej sytuacji nie doszło już od dawna. Stan dwudziestu pełnych beczek określano jako kryzysowy i – gdy nastał – natychmiast zawijano do portu w celu uzupełnienia zapasów.

– Zrobimy Titanica? – zaproponował Roger znienacka.

– No nie wiem, kapitanie. Ostatnio…

– Aj tam ostatnio. Ostatnio się nie liczy. Ostatnio byłem pppijany.

– Ach, niech ci będzie!

Tanecznym, acz spokojnym krokiem podeszli na dziób okrętu. On ukucnął i nucąc pod nosem „My Heart Will Go On” objął ramionami jej kibić. Policzek przykleił do jej talii i spoglądał na ocean przed sobą.

Ona stała przed nim. Włosy – choć krótkie – rozwiewał jej wiatr. Fałdy na jej sukni falowały delikatnie, muskając jego podbródek. Czuła orzeźwiający dotyk morskiej bryzy na twarzy. Rozchyliła ramiona szeroko, jakby chciała objąć świat w posiadanie, wychyliła się delikatnie za dziób…

… i spadła.

Gdy leciała, pomyślała jeszcze, że do końca życia mu tego nie wybaczy. A przynajmniej do wtorku.

Woda porażała zimnem.

– Niech to… Ta moja przeklęta choroba morska! I tak za każdym razem – jęczał kapitan na górze.

– Where is Chochlik? Is she safe? Is she alright? – Rozległo się za nim. Znał ten głos.

Boswoman.

Mówiono na nią Strychninka. Miała drewnianą nogę, stalowy hak zamiast prawej dłoni i przepaskę zasłaniającą lewy oczodół. Wszystko na wskutek kłótni z Krwawą Mary, która, gdy obalono jej ostatni argument, zdecydowała się polać adwersarkę ogórkową. Rany były co prawda obszerne, ale Strychnince udało się przeżyć. Od tej pory były obie najlepszymi przyjaciółkami.

Doprawdy, niezbadanymi ścieżkami podąża kobiecy umysł…

Lecz mimo tych wszystkich cech wyglądu, pierwszym, co zwracało na siebie uwagę były jej włosy.

Można rzec, że były wszystkich kolorów, można, że koloru kameleona. Najbliższe prawdy będzie jednak stwierdzenie, że miały barwy dyskotekowego reflektora. Każdą z nich z osobna.

Raziły w oczy krwawą czerwienią, by w następnej sekundzie przez róż przejść do bieli. Nim oczy przyzwyczaiły się do widoku, były już zielone, niebieskie i na powrót czerwone. Być może rządziła tym jakaś logika, a gdyby uważnie zanalizować pojawianie się i zanikanie kolejnych odcieni, można by dostrzec cykliczność. Prawdopodobnie jednak działała tu tylko popularna teoria chaosu.

– Is she safe? Is she alright? – powtórzyła kapitanowi nad uchem.

– No bo… Titanica robiliśmy no i… – spojrzał w dół, w otchłań – …się wyślizgła.

– Ech, Coma, Coma… kiedy ty się nauczysz?

„Coma” było ksywą kapitana. Nie jak zespół, choć słuchu muzycznego mu nie brakowało. Bardziej jak Cuma, ino przez O.

– Nawet bym się za nią rzucił na ratunek, ale woda jest mokra i potem portki trzeba by suszyć. Poza tym i tak nie umiem pływać. – przerwał na chwilę – W tych wodach nie ma rekinów, co?

– Rekinów? Tutaj? Coś ty, Coma. W życiu.

– To dobrze.

– Już dawno coś je zeżarło.

– Och.

Coma rzucił cumę. Walnęła Mary w łeb. Znaczy w głowę.

– Dierzi linu! – wykrzyknęli kapitan i boswoman niemal jednocześnie.

Tonący liny się chwyta, jak mówi stare, chińskie porzekadło ludowe. Tak też uczyniła Krwawa Mary. Obwiązała się w pasie i szarpnęła trzy razy.

– Nigdy. Więcej. – Mamrotała przez dygocące zęby, gdy trzech majtków wspólnymi siłami podciągało ją na pokład. Głos miała jeszcze bardziej lodowaty od wody, która po niej spływała. Za to w oczach płonął jej ogień. Stal chochli delikatnie zaginała się w jej zaciśniętej pięści.

Po chwili była już na górze. Wesoły Roger czekał na nią przy samej burcie.

– A więc wybawiłem Cię z opresji, najdroższa ma. Czy dostanę buziaka za ten heroiczny wyczyn?

No nie, pomyślała Mary. To już zagranie poniżej pasa. Miałam zdzielić mu chochlą przez czerep i być obrażona do środy. Taki był plan. Ale wygląda tak słodko…

A, co mi tam.

Całus był mięsisty, wilgotny i długi. Długaśny. Załoga początkowo wiwatowała ochoczo, ale po dziesięciu minutach najbardziej zatwardziali gapie znudzili się i poszli do kajut.

Chmury nad Czarną Mambą przesuwały się niewzruszone…

 

 

Było pół godziny później. Para ust odkleiła się od siebie z niechętnym mlaśnięciem.

– Już? Skończyliście? Bo sprawę mam do was – to Strychninka z nieskrywaną niecierpliwością zakłóciła romantyczny nastrój.

– O co chodzi, Strych?

– No więc… – tu chochla trafiła boswoman prosto w przegrodę nosową. Mary nienawidziła zdań rozpoczynanych od „no więc”.

– Oooł… No w… to znaczy… wiecie, co dzisiaj jest za dzień?

– Piątek – odparł kapitan.

– Dobrze. Tak dokładnie to wtorek, żeby być precyzyjnym. A poza tym?

Roger i Mary zamarli w konsternacji. Nie mieli zbytnio nastroju na zgadywanki, żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła im do głowy.

-…Środa? – zaryzykował kapitan.

– Powiem wam – Strychninka dostrzegła, że wyzywanie ich intelektu na próbę jest w tym momencie nadużyciem – Dziś mamy koniec starej ery.

Ta informacja Krwawą Mary wstrząsnęła, ale jej nie zmieszała.

– To już dziś? Byłam pewna, że mamy jeszcze parę dni…

– Koniec ery? Czadowo! Będą fajerwerki? – Nowina zdała się nie zakłócić wesołości Wesołego Rogera.

Nałożnica i boswoman popatrzyły na niego zdumionym wzrokiem.

– Poniekąd – rzekła Strychninka – kończy się era ryb, ostatnia w proroctwach i przepowiedniach, a to oznacza koniec świata, Armageddon, ognisty deszcz i zagładę ludzkości. Także tak, można powiedzieć, że będą fajerwerki.

-To fajnie. Lubię fajerwerki.

Zapadła znacząca cisza.

Minęło siedem sekund.

– Zaraaa… Jak to koniec świata? Dzisiaj? I nic nie da się zrobić?

– A co niby można zrobić? Koniec to koniec.

Kapitan zamilkł na chwilę, przemyśliwając sytuację.

– Moglibyśmy… moglibyśmy rozbujać statek i przewrócić go do góry nogami. No wiecie, żeby płynął tak… pod wodą… – zanucił melodię Yellow Submarine.

– Eee… A to coś niby da? – Boswoman wydała się skonsternowana.

– Hm. Dobre pytanie. O tym nie pomyślałem.

Spojrzeli po sobie. Spojrzeli na swoje stopy.

– To ma ktoś może inny plan?

– WŁOGI OKŁĘT NA HOŁYZĄĄĄCIEEE!!!

Ten okrzyk wzniósł się ponad nimi, z wysokości bocianiego gniazda. Chory Sont lubił bocianie gniazdo. Jak dla niego było to najlepsze miejsce na Mambie. Mógł tak sobie siedzieć i filozofować. Rozważać. Poszukiwać sensu życia. A zazwyczaj po prostu siedzieć.

Jedynie momenty, w których musiał coś krzyknąć, niezbyt mu przypadły do gustu. Przez pierwsze dni odnosił się do swojej pracy nazbyt entuzjastycznie, co chwila krzycząc: WODA NA HOŁYZĄĄĄCIEEE!!! WIĘCEJ WODY NA HOŁYZĄĄĄCIEEE!!! I ZNOWU WODA NA HOŁYZĄĄĄCIEEE!!! Parę ciosów chochlą oduczyło go tego zwyczaju.

Teraz krzyczał najwyżej raz na kilka dni. Nie lubił tego. Ale co poradzić, lepsze to niż spotkanie z górą lodową. Albo, co gorsza, z Chochlikiem w stanie furii.

Wrogi okręt. Oczywiście, że wrogi. Nie było innych.

– No, szanowne panie, koniec świata będzie musiał poczekać. Jock!

– Ajaj, kapitanie! – Chudy Jock pojawił się znikąd.

– Uruchom napęd turbo.

– Ajaj, kapitanie! Kapitanie?

– Tak?

– Jak się uruchamia napęd turbo?

– Daj galernikom po marchewce.

– Ajaj, kapitanie!

Majtek zniknął gdzieś w ładowni, a kapitan spojrzał na zbliżający się horyzont.

Frachtowiec kupiecki. No, może i idzie koniec świata, ale przynajmniej z tym im się pofarciło.

– Przygotować armaty! Ostrzyć szable! Gotować zupę! Wszyscy na stanowiska, do stu tysięcy morskich… ten… co jest morskie?

– Konik?

– Choroba?

– Klimat? – padały coraz to nowe propozycje.

– …demonów – dokończył kapitan niepewnie – Tak. Demonów. Arrrr! – wykrzyknął.

– Arrrr! – zawtórowała mu Krwawa Mary.

– Arrrr! – dodała Strychninka.

– AŁŁŁŁ!!! – wzniosło się ponad nimi.

Kapitan przygotował swój korbacz. Uwielbiał korbacze. To był jego ulubiony rodzaj broni. Ten akurat był prosty, niezdobiony, zrobiony w całości z dziwnego, czarnego metalu. Lubił też metal.

Horyzont zbliżał się powoli, a wraz z nim bitwa, być może ostatnia w historii świata.

Piraci byli gotowi.

 

 

Jakiś kawałek pod pokładem Chudy Jock zupełnie sobie nie radził.

Galernicy byli wychudzeni i zmarniali. Smutne, pomarszczone twarze ze zmęczonym wzrokiem kierowali w dół, w kierunku kajdan nad kostkami. Wiosła w ich patyczkowatych rękach poruszały się powoli, jednostajnie, w górę i w dół.

Dać im marchewkę, jasna sprawa. Nic prostszego. A więc dał po marchewce. Trochę się nawet ożywili, ale wiosła ciągle poruszały się tym samym tempem.

To ma być napęd turbo?

Odczekał chwilę, ale nic to nie dało. Dołożył jeszcze po marchewce.

Podnieśli głowy. Wyprostowali sylwetki. Jock już miał nadzieję, że ruszy. Ale wiosła w ich dłoniach wciąż niezgrabnie mieliły wodę.

Dołożył po trzeciej. Nic. Czwarta, piąta, szósta.

Trzęśli się, ożywieni i podnieceni. Oczy wybałuszali tak, że prawie wylatywały im z orbit. Z wysuniętych języków sączyły się strumienie śliny. Kilkorgu z nich leciały kłęby pary z uszu. Ale wciąż nie zaczęli wiosłować energiczniej.

Zszedł Wesoły Roger.

– Co jest, Jock, do dwunastu milionów żarłocznych… hmm… wielorybów! Co tak długo?

– No bo, ajaj, kapitanie, ja już nie wiem. Daję im marchewkę, a oni…

– A włączyłeś zapłon?

– Ajaj, kapitanie?

– Zapłon, korbacz! – dostrzegł niepewność w oczach majtka – Chodź, pokażę ci.

Wyjął korbacz. Wziął zamach.

– Bo widzisz, Jock, w metodzie z marchewką najważniejsze jest to, żeby nigdy nie zapominać o kiju…

I trzasnął.

 

 

O tym, że to jednak nie był pomysł, kapitan przekonał się, gdy tylko odzyskał przytomność.

Był przyklejony do tylnej ściany ładowni. Obok niego tkwił Jock. Wiosła, wirujące w rękach galerników, rozmywały się przed ich oczami. Sami galernicy trzęśli się jak zepsute pralki, a ich czerwone oczy migotały szaleńczo w ciemnej, zamkniętej przestrzeni. Część dymiła się, inni w wyniku przegrzania zaczęli świecić na czerwono. Ale żaden nie wybuchnął.

Póki co.

– Iiileee ttytttyttyyy imm zatattatatankkkowałeeś!? – Wstrząsy i turbulencje znacząco wpływały na jakość komunikacji kapitana.

– Szeeeeść! Kakapittttaaaniee, aajaaj!

Sześć? Na ławicę nieszczęsnych… Eee… Nieszczęsnych… Nieważne! – pomyślał kapitan – Jedna to było dużo. Dwie to bardzo dużo. Sześć to będzie… To będzie…

…Dwa razy bardzo dużo i raz dużo. A to niedobrze. Galernicy mogą nie wytrzymać przeciążenia.

Co teraz? Myśl, myśl…

Szprotów! Tak! Nieszczęsnych szprotów. Nie brzmi nawet tak źle.

Oderwał się od ściany i ostrożnie omijając galerników wyszedł na pokład.

Czarna Mamba mknęła. Warkot wirujących wioseł zagłuszał szum morza. Za sobą piraci zostawiali nie smugę, a szeroki pas rozstąpionej wody, którego najlepsi prorocy mogliby pozazdrościć. Frachtowiec już dawno zostawili za sobą – a raczej deski i wióry, które z niego zostały po tym, jak Mamba przeszyła go na wylot.

Ci, którzy mieli pecha znajdować się na pokładzie w chwili przejścia do turbo, trzymali się czego popadnie, aby tylko nie odlecieć. Krwawa Mary zaplątała się w żaglu, a Strychninka wbiła hak głęboko w pokładowe deski. Pęd powietrza unosił ją do góry.

Trudno opisać prędkość, z jaką się poruszali. Najlepiej zrobił to chyba Chory Sont, mówiąc:

– LĄD NA HOŁYYY… – ŁUP!

Dokładnie tak szybko płynęli.

Okręt zarył w plażę i popędził na spotkanie dżungli. Ta niestety nie była na to przygotowana. Wirujące wiosła wycinały Czarnej Mambie drogę przez drzewa i zarośla, przywodząc na myśl odrzutowy kombajn. Pnie i liście latały dookoła statku na kilka metrów w górę.

Zanim się zatrzymali, znajdowali się ponad trzy kilometry w głąb lądu. Galernicy pracowali nieustannie, lecz teraz wiosła kręciły tylko szybkie młynki w powietrzu.

Kapitan ocenił stan załogi. Ci nieprzytomnie wyglądali jeszcze w miarę dobrze, pozostali jęczeli resztkami sił. Ruszenie się z miejsca chwilowo przekraczało ich umiejętności ekwilibrystyczne, a wyglądem przyprawiliby trzytygodniowego trupa o niestrawność. Tylko kapitan zniósł incydent bez szwanku i teraz kroczył dumnie po pokładzie, szukając uszczerbków. Czarna Mamba zdawała się jednak w ogóle nie zauważyć tego awaryjnego dokowania. Od dzioba po rufę, od burty do burty, nie dało się znaleźć nawet najmniejszego zarysowania. Nic w tym zresztą dziwnego. Okręt był wytrzymały, niejedna góra lodowa zatonęła już po zderzeniu się z nim. Trzeba by dużo więcej, żeby zrobić wrażenie na jej deskach.

Na przykład końca świata. Co przypominało…

Coma poszukał boswoman. Znalazła się po minucie, zagrzebana aż po końcówki różnobarwnej fryzury w linach cumowniczych. Nieobecnym wzrokiem spoglądała w niebo i prawdopodobnie dumała.

– Strych? O co w zasadzie chodzi z tym armageddonem?

– Coma… Nie teraz… Łeb mnie nap… rawdę boli…

– Ale chyba powinniśmy coś zrobić…

Strychninka stęknęła. Czegoś robienie zdecydowanie ją teraz przerastało i mimo, że kapitan wymagał, wolała opatulić się linami i koniec świata po prostu przespać.

– Zrobić? Nic nie można zrobić. Sam przeczytaj, w księdze proroctw jest opisane wszystko wyraźnie.

Tego jeszcze brakowało. Nie dość, że zagłada jest na wyciągnięcie ręki, to jeszcze wymagają od niego czytania. I to prawdopodobnie dużych ilości tekstu. Czym biedny pirat sobie na to zasłużył?

Poszedł do kajuty boswoman. Na półkach leżały książki. Wzdrygnął się i sięgnął po tę zatytułowaną „Precyzyjne y Dokładne Neostradamusa Proroctwa”. Nie tracił czasu na przeglądanie kolejnych stronic, od razu przeszedł do interesującego go rozdziału.

Na samiuteńkim końcu.

„I zakończy Era Ryb swe dominium. Nadejdzie czas nieurodzaju i ogniste kule spadną z niebios, by w pożarach łunie świat pochłonąć. I efekt cieplarniany przyjdzie, a straszliwy to efekt, co lodowce roztopi i lądy zaleje. Mag obróci się przeciw magowi i użyje zaklęcia nuklearnego, a blask światła białego zaślepi oczy i śmierć rychłą sprowadzi. Do tego dojdzie głód, wojny, zaraza, brak szacunku wobec starszych, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, kolejki na straganach i muzyka Czarnej Sekty Nekromantów. O ile można to nazwać muzyką. Zwykłe łubu-dubu, jeśli chcecie znać moje zdanie. Jak pomyślę o tym wszystkim, to aż się cieszę, że sam nie dożyję. A nie dożyję, bo będę rozszarpany przez wściekły tłum. Dokładnie za dwa lata i trzy miesiące. Mimo to za moich czasów żyje się lepiej, ja wam mówię. Nie to, co kiedyś. W przyszłości. Się porobi…

P.S. Nie, nie można niczego w tej kwestii zrobić. Absolutnie niczego. Nie ma „chyba, że” albo „za wyjątkiem”. Niczego. Badałem wpływ sztucznego wywoływania ruchów skrzydeł motyli i efekty wyglądały nawet obiecująco, ale w ostateczności i tak doprowadziły do monstrualnych huraganów pustoszących świat. Także szkoda zachodu. Carpe diem i żyć do końca, oto moja rada.

P. S. 2 Dziwna ulga, że już skończyłem. Co prawda przewidywałem, że napiszę wszystko na dzisiaj, ale mimo to ciężar z serca. Teraz przewiduję, że wszystko sprzeda się w dużej ilości egzemplarzy i uczyni mnie sławnym. A na dziś wieczór długą, ciepłą kąpiel i kieliszek wina dla uczczenia. Ale co ja was będę zanudzał. Wy macie swoje zmartwienia. Szkoda was… A, wypiję wasze zdrowie! To też niczego nie zmieni, ale chociaż przewiduję, że mi ulży. No to kończę”

Wesoły Roger zamknął tomiszcze. Nie wyglądało to dobrze. Strychninka miała rację, a Neostradamus nie zostawił dużo miejsca na wątpliwości i domysły. Oczywiście staruszek ewidentnie nie miał słuchu muzycznego, skoro nie doceniał Czarnej Sekty Nekromantów, ale w kwestii przepowiadania przyszłości był jednak autorytetem. I nie rysował jej różowo.

Co można zrobić, gdy się, wie, że zostało tylko kilka godzin życia?

Podparł dłonią podbródek i pomyślał…

 

 

Balanga!

Wiadomość, że jutro nie nadejdzie, zadziałała na piratów jak zastrzyk adrenaliny. Pod pokładem leżały dokładnie sto czterdzieści trzy beczki przedniego rumu i na samą myśl o tym, że mogłyby się zmarnować, zmobilizowali się wszyscy i błyskawicznie zabrali do roboty. Wychodziło około dwunastu beczek na głowę – trzynastu, jeśli nie liczyć Szalonego Kitkata, który był szalony i alkoholu nie pijał. Taka ilość trunku do przelania to nie przelewki. Dlatego też nikt nie próżnował, ciągnęli, jakby ich stado diabłów goniło.

Dżungla dokoła nich żółkła i więdła od ilości alkoholowych oparów. Piraci wręcz przeciwnie – rozkwitali, nabierali kolorów i chęci życia. Kapitan wyciągnął z kajuty swoją bałałajkę i skocznymi szantami uprzyjemniał załodze wieczór. Tańczyli jak opętani, poczucie rytmu traktując przy tym bardziej jako wskazówkę, niż faktyczny kodeks.

Ech, piraci…

O północy niebo rozświetlił deszcz meteorów. Ogniste pociski przeleciały nad statkiem i upadły kilkaset metrów dalej, podpalając dżunglę. Gdzieś na horyzoncie dostrzec można było nuklearną eksplozję. Kilka razy porządnie zatrzęsła się ziemia, ale nikt tego specjalnie nie odczuł. Imprezowali ostro i nikogo jakoś nie dziwiło, że zabawa trwa, trwa i w ogóle się nie kończy…

 

 

Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu nadszedł poranek. Godzina trzynasta trzydzieści, żeby być dokładnym. Wesoły Roger obudził się i rozejrzał czujnie.

Mary wstała przed nim. Przyniosła mu nawet śniadanie do łóżka. Skorupnica z tostami, jej danie popisowe. Skorupnica w nieciekawy sposób zwisała z krawędzi patelni (oraz, jak miało się okazać później, ze wszystkich ścian w kuchni), a tosty prowadziły komandoską taktykę zasłony dymnej. Również się lepiły, ale Roger nie wnikał, co takiego jego Chochelka do nich dodała. Pewne rzeczy lepiej zostawić owiane mgiełką tajemniczości.

W przypadku tych tostów mgiełka nie stanowiła akurat problemu.

Spałaszował ze smakiem – był jedyną osobą na świecie odporną na kuchnię Krwawej Mary – w międzyczasie zastanawiając się, jak to się stało, że żyją.

Wyszedł na pokład. Płynęli. Jak płynęli? Przecież znajdowali się kilka kilometrów od brzegu. Dociągnęli?

A może to był tylko sen?

Nigdy nie doświadczył kaca, ale jego załoga była właśnie pod kowalskim młotem z kolczastymi kłaczkami w ustach. Za to pamięć mu nieco szwankowała. Pamiętał Armageddon, a potem…

Szalony Kitkat był jedynym zdolnym do normalnej odpowiedzi.

– No tak, był koniec świata. Dokładnie. Przyszło trzęsienie ziemi i strąciło mi melony z pokładu. Całą noc rozpaczałem i zasadniczo rozpaczam dalej. To były dobre melony. A potem pojawiło się tsunami. Z początku myślałem, że będzie pojedyncza fala, ale one nadciągały, jedna po drugiej, jedna po drugiej… I koniec końców zalały całą dżunglę.

To by się zgadzało, pomyślał kapitan. Ogniste meteory musiały roztopić lodowce, które zalały lądy. Tylko, korbacz, dlaczego ich nie zabiło?

Nieważne. Koniec świata przebiegł pomyślnie i to się liczyło. Żyli. Odszukał Krwawą Mary i wyściskał porządnie. Akurat stała blisko dziobu, dyskutując ze Strychninką.

– Żyjemy! Żyjemy, korbacz!

– Właśnie o tym rozmawiałyśmy, Coma. Wygląda na to, że całą planetę zalała woda. Byliśmy na statku, więc generalnie nic się nam nie stało…

– I nie wiadomo, co dalej – dodała Strychninka – Nawet Neostradamus tego nie przewidział. Era Ryb definitywnie dobiegła końca. Ale w proroctwach nie było mowy o żadnej Nowej Erze. Nic nie jest zapisane! Przepowiednie, przyszłość, nic! Jesteśmy bez przeznaczenia!

Kapitan uśmiechnął się szeroko.

– Sami zapiszemy nasze przeznaczenie! Wkraczamy w nowy wiek i tym razem możemy dopłynąć wszędzie. Jesteśmy jej władcami. Niech to będzie… – zastanowił się – Era Pirata!

– Słabo – westchnęła boswoman – może lepiej Era Marynarza?

– Era Wodnika – podsumowała Krwawa Mary.

– Podoba mi się – powiedział Roger wesoło – Era Wodnika… Dobra nazwa.

Stanęli na dziobie i zerknęli na horyzont. Nic, tylko woda, Słońce i wolność…

Nie było portów. Nie było kupców ani rzemieślników, którzy tworzyli towary. Nie było gorzelni ani karczm, a to oznacza, że rum wkrótce może być gone…

Ale było tu i teraz. Żyli. Może szczyty gór zostały niezatopione? Może jutro przyniesie nowe niespodzianki? Ważne, że będzie jakieś jutro.

– To co? – Spytała Strychninka – Szczęśliwej Nowej Ery, co?

– Happy New Age – wykrzyknęła Krwawa Mary

– Dokładnie – Wesoły Roger poczuł, że musi to podsumować. Wyjął z rękawa niedopitą butelkę rumu i wzniósł ponad głowę – Drink up, me hearties, yo ho!

 

 

Sveson 2009